Dzień jak co dzień, otworzyłam okno by wpuścić ciepłe jeszcze
powietrze. Duchota była nie do wytrzymania, dobrze że udało mi się
przespać ranek i wstać dopiero późnym popołudniem. Krótkie włosy lepiły
mi się do skóry, lekko kręcąc się przy skroni i karku. Niecierpliwie
przeczesałam je lekko kościstymi palcami. Z tego co zdążyłam odnotować
po przebudzeniu, to moja poranna kawa zdążyła na dobre wystygnąć i
zredukować się w kubku do gęstej nieapetycznej mazi. Nienawidzę upałów,
odbierają mi ochotę na tą odrobinę codziennej przyjemności. Kubek
wrzuciłam do starego kamiennego zlewu, po drodze zdzierając z siebie
koszulkę i halkę.
Przystanęłam na schodach prowadzących do mojego
domu i czekałam. Wiatr z zachodu rozwiewał delikatnie włosy na karku
zapowiadając nadejście upragnionego deszczu. Czekałam, nic jednak nie
wskazywało na to by moja wiadomość dotarła do Nich. Lekko zawiedziona
ruszyłam główną i zarazem jedyną ulicą- mój dom stał na samym jej końcu,
przycupnąwszy na niewielkim wzniesieniu i schowany
za wielką płaczącą wierzbą. Jego wschodnią ścianę pokrywał
charakterystyczny krwisty
winobluszcz. Miasteczko posiadało jeszcze parę domków ulokowanych w
niewielkiej odległości od siebie i różniących się miedzy sobą wielkością
i stylem. Bujna zieleń tworzyła cienie na skalnej drodze prowadzącej do
niego, kamienie miło chłodziły moje gołe stopy. Ilekroć przechodziłam
wzdłuż głównej ulicy nie mogłam powstrzymać się przed uczuciem dumy. Było to moje miejsce, odcięte od świata zewnętrznego. Tu było
bezpiecznie, nie trzeba było chować się przed spojrzeniami ludzi nic nie
rozumiejącymi z kim mają do czynienia. Nie czuło się tu strachu ani
ograniczeń, pętających duszę.
Przy domku z zielonego kamienia
odbiłam ostro w prawo, wspinając się na niewielkie wzniesienie. Tym
razem moje stopy deptały miękko porastający poszycie mech, czułam na
skórze dotyk paproci i listowie małych drzewek. Było to jak zaproszenie.
Skóra swędziała i lekko paliła między łopatkami, jeszcze tylko chwilę
i...czarna pantera bezgłośnie przecinała leśny szlak prowadzący do
jeziorka zaopatrywanego w wodę przez niewielki wodospad. Wypływał on
dziś leniwie zza skał., o tak -to tylko część tego co skrywało to
niezwykłe miejsce...
Byłam jedyna, przynajmniej tak mi się wydawało. Błąkałam się i szukałam-dopóki nie spotkałam takich jak ja. Przygarnięta przez innych zostałam. Ciche miasto to mój dom, dom porośnięty bluszczem w miasteczku które pragnę zapełnić takimi jak ja. Stoję na ganku popijając gorącą wciąż kawę, gorzką jak życie i ciemną jak moje oczy. Ciche Miasto to również twój dom. Nazywam się Jesabel Minx. Zapamiętaj, na pewno jeszcze się spotkamy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz